A A A
  • W czasie wystawy w synagodze w Drohobyczu, fot.J.J.Bojarski
    W czasie wystawy w synagodze w Drohobyczu, fot.J.J.Bojarski

TRUDNA SZTUKA WSKRZESZANIA CIENI - Kurier Lubelski

Trudna sztuka wskrzeszania cieni                  KURIER LUBELSKI,   KULTURA 20.04.2009

 

Wczoraj w Warszawie Bartłomiej Michałowski został wyróżniony medalem Mordechaja Anielewicza, bohatera powstania w warszawskim gettcie. Malarz żyje duchowo w miastach, których już nie ma - Lublinie oglądanym "okiem cadyka", Kazimierzu "Kuzmirze" Dolnym, przedwojennym Drohobyczu.

 

Za schulzowską otoczką, z którą jest nieodłącznie kojarzony, kryje się coś znacznie szerszego, ponadczasowego, co przecina ludzkie granice.

- W domu zawsze się dużo mówiło o Żydach. A to babcia opowiadała o rozmowie z szewcem czy krawcem, wspólnych przyjaźniach, a to o pradziadku, który robił interesy z kupcami, jeszcze przed rewolucją w Kijowie, gdzie mieszkali. Byli integralną częścią ówczesnej rzeczywistości - wspomina.

A więc byli i zarazem ich nie było. Razem ze świadomością ich zniknięcia dojrzewał ciężar drugiej świadomości, tego, że pewnych tajemnic odgadnąć się już nie da. Rozumienie utraconej części przychodziło powoli, latami. - Pojąłem, że zniknął cały naród. Przed wojną na kazimierskim rynku był tylko jeden polski sklep. To było odejście świata, który istniał między nami, a więc takie samo jak brata czy siostry.

Jako chłopiec oglądał "Sanatorium pod Klepsydrą" Wojciecha Hasa, czytał opowiadania Schulza. Pierwszy cykl "Sztetł" malował kilka lat aż do 2000 r. Ale całe bogactwo pisarza z Drohobycza odkrył dopiero przy prof. Władysławie Pana-sie, który dwa lata później zobaczył na jego obrazach duchy. Potem, specjalnie dla Bart-łomieja Michałowskiego, napisał: "Sztuka jako czynność magiczna powstrzymująca śmierć i zagładę. Tylko w niej w przedziwnym Sanatorium pod Klepsydrą, ciągle żyje to, co gdzie indziej dawno przestało istnieć."

Piętnaście lat temu malarz zaszedł do antykwariatu w Poznaniu. Sięgnął oczywistym ruchem ręki po album zdjęć z getta, chciał go kupić. Nie kupił. - To, co zobaczyłem, było wstrząsające. Ludzie, którzy byli resztkami ludzi, leżeli na ziemi, bez ubrań, bez wody, bez jedzenia, bez nadziei, dzieci, dorośli i starcy - opowiada.

W Polsce Ludowej, w której dorastał, prawie nie mówiło się o zagładzie. Osobiste odkrycia przyszły później. Obrazu unicestwionego świata dopełniała w jego oczach babcia Lucyna, która snuła w jidysz barwne, nasączone muzyką chasydów opowieści.

W akwarelach zmarłe postacie ożywają. Na przekór historii wędrują po ulicach, tak jakby czas się cofnął o osiemdziesiąt lat, niczego nieświadome, spokojne i zajęte codziennością. Spokojnie rozpływające się w wodzie płaszcze i kapelusze przypominają o tym, że te tłumy cieni niegdyś były integralną częścią nas tutaj, naszych ulic, naszych domów, naszego kraj-obrazu za oknem. Że jakieś straszliwe nieporozumienie dziejów zabrało nam ten ludzki gwar. - Te miasteczka przypominają czasy, gdy jeden sąsiad szedł do cerkwi, drugi do kościoła, a trzeci do synagogi - mówi.

Bardziej i mniej dosłownie sztetłty Michałowskiego jeżdżą po różnych miastach, bywają też w Drohobyczu. Starzy mieszkańcy, którzy równie dobrze mogliby być tymi samymi rozmytymi cieniami, patrzą na nie bardzo długo. Patrzą, wspominają i zastygają w spokojnym zadumaniu.

 

Sylwia Hejno  - Kurier Lubelski